Elżbieta
Elżbieta - a raczej, jak ją nazywałam w duchu, "Elżunia" Barszczewska, bo trudno mówić "Elżbieta" o kimś tak zjawiskowym, jasnym i zwiewnym - była aktorką mej młodości. Z nią przeżywałam rozpacze Tessy ze sztuki Giraudoux i niedole młodości "Dziewcząt z Nowolipek", ją podziwiałam na szkolnych przedstawieniach w dramatach poetyckich jako Anielę, Ofelię, Salomee. W czasie okupacji spotkałam ją "U aktorek", ale poznałam osobiście dopiero w roku 1970, kiedy spisywałam wspomnienia Ćwiklińskiej. Wówczas - jak już była o tym mowa w szkicu o "Pani Mięci" - zapraszaliśmy często grające kiedyś z Ćwiklińską osoby, aby nam uzupełniły czy naświetliły niektóre epizody jej życia, o których nie chciała czy nie mogła mówić. Jedną z najczęściej zapraszanych osób była pani Elżunia - w bardzo złej wówczas formie, bo świeżo po śmierci ukochanego męża. Prośbom Pani Mięci nie umiała oczywiście odmówić... i tak zetknęłam się na gruncie towarzyskim z tą, której urok i wdzięk podziwiałam przez długie lata na scenie.
Elżbieta Barszczewska .